Przyszła jesień. Za oknem deszczowo i chłodno. Aura przestała sprzyjać weekendowym wypadom na żagle. Wieczory są takie długie, że po czasie z rodziną mogę jeszcze oddać się temu, co lubię – lekturze. Chętnie wracam do ukochanych książek, mam wśród nich kilku naprawdę dobrych przyjaciół. Zapraszam Was na subiektywny przegląd jesiennej biblioteczki.

Buszujący w Zbożu, J.D. Salinger – książka o drodze, zwłaszcza tej do głębi samego siebie. Holden Caulfield, główny bohater powieści Salingera to wrażliwiec, człowiek nieprzystosowany a jednocześnie na swój sposób bardzo dobry. Śledzimy jego wędrówkę po Nowym Jorku, obserwując jakie namiętności szargają młodym człowiekiem stojącym na progu dorosłości. Salinger po mistrzowsku kreśli obrazy romansów, przyjaźni i antypatii. Holden może wydawać się zblazowany jednak gdy go się dobre pozna zrozumiemy że to maska pod którą kryje się historia trudnych relacji z rodzicami oraz rówieśnikami a także strata bliskiej osoby. Buszujący w zbożu stoi przed wyborem, który zdaje się być wyborem tragicznym: wejść w dorosłość (czytaj: stać się człowiekiem bezdusznym, nierozumiejącym i złym) czy pozostać dzieckiem? Stoi na krawędzi. Wie, że poznał już za dużo zła by żyć w nieświadomej błogości. Pozostaje mu więc bunt. Holden się buntuje. I to mnie w nim porywa. Jego sprzeciw jest cichy, nie afiszuje się z nim, jednak jego słowa trafiają doskonale do czytelnika. Każdy czuł się przez chwilę Holdenem Caulfiedem.

Dla mnie Buszujący w Zbożu to też niesamowity opis Miasta Miast – Nowego Jorku. Wiecie: zadymione knajpy, szemrane typy i nocne jazdy żółtą taksówką.

Diuna, Frank Herbert – jestem wielkim fanem science fiction. Jedną z moich najulubieńszych książek jest cykl  o pustynnej planecie Arrakis. Frank Herbert napisał swoje dzieło (nie boję się nazwać tej pozycji dziełem) w latach sześćdziesiątych i był wizjonerem. Stworzył spójne uniwersum, które zachwyca różnorodnością. Arrakis, przez niektórych nazywana Diuną, to jedyne miejsce pozyskania substancji przedłużającej życie, umożliwiającej odbywanie podróży kosmicznych i przewidywanie przyszłości. Nic więc dziwnego, że staje się ona obiektem konfliktu. A ten Herbert przedstawia w sposób klasyczny, przynajmniej w pierwszej książce z cyklu: są dobrzy i są źli. Jest też intryga, knucie i wielka polityka. A to wszystko nie w szekspirowskiej scenerii, a w odległym zakątku wszechświata, w którym Ziemia jest tylko z rzadka wspominaną, dawno porzuconą kolebką.

Słyszeliście o ekologicznym Sci-Fi? To właśnie słyszycie. Diuna, jak każda planeta, zmaga się ze swoimi problemami. Podstawowym jest brak wody. Tą cenną ciecz odzyskuje się z oddechu, moczu, kału a nawet z ciał zmarłych. Herbert przy okazji epickiej opowieści pokazuje, jak głęboko można ingerować w ekosystem i jakie niesie to konsekwencje.

Jednak to co zachwyca mnie najbardziej to zakończenie. Wiecie kto uratuje świat? Nastoletni chłopiec, który na czele rdzennych plemion sprzeciwi się tyranii. Klasyk.

Marsjanin, Andy Weir – pozostańmy jeszcze na chwilę w kosmosie. Tym razem akcja będzie rozgrywać się znacznie bliżej, bo na naszej sąsiedniej planecie – Marsie.  Pewne część z Was widziała film z Mattem Damonem? Jest rewelacyjnie. Jeszcze bardziej polecam Wam książkę. To historia genialnego biologa, który jest członkiem ekspedycji na Marsa. Sytuacja staje się dramatyczna, gdy w związku ze zmianą pogody uczestnicy misji muszą się szybko ewakuować z czerwonej planety. Niestety nie wszystkim to się udaje. Mark pozostaje zupełnie sam i w dodatku ledwo żywy. Zaczyna się jego długi wyścig o życie. Zapasy żywności i wody w końcu się wyczerpią. Ale w końcu po coś są te uniwersytety. Nie zdradzę Wam zakończenia – dość jest powiedzieć, że książka wciąga. Przeczytacie ją jednym tchem. Mi zajęła jedną nockę, ale chyba wrócę do niej jeszcze.

Na razie wystarczy, żeby nie przegadać. Miłej lektury.