Dzisiaj lifestylowo, a raczej wspomnieniowo. Jednak sprawa jest poważna!

Parę dni temu obchodziliśmy z moją Ładniejszą Połówką rocznicę ślubu. Nie, nie musiała mi przypominać o dacie. Nie, nie kupowałem jej prezentu na ostatnią chwilę. A mimo to nie wyszło perfekcyjnie.

Zastanawiacie się czemu pamiętam datę ślubu? Dla mnie to oczywiste. Takiego dnia nie da się zapomnieć. Mogłem nie pamiętać wtedy swojego imienia. A nawet zdarzyło mi się nie zauważyć przez dobrych kilka chwil, że prawy but mam na lewej stopie, a ten z lewej wylądował na prawej. Datę jednak zapamiętałem. Co tu dużo mówić… Było pięknie, wzruszająco i radośnie. Było też dość skromnie, bo skromne były wtedy nasze możliwości. Zamiast wynajętego auta, Panna Narzeczona przybrała naszą ‘limuzynę” wielką kokardą w kolorze wściekłego różu, który nawet jakoś precyzyjniej określiła. Nie wyprawiliśmy wielkiego wesela. Zaprosiliśmy najbliższych na obiad do knajpy a znajomych na imprezę, po której obudziłem się w… wannie.

Od tego dnia staramy się celebrować małe i duże święta. Nie szalejemy! Czasem spędzamy wieczór przed telewizorem oglądając ulubiony film i pijąc wino. Czasem udaje nam się na kilka dni wyrwać gdzieś za miasto. W tym postanowiliśmy wyskoczyć razem do ulubionej azjatyckiej knajpy. I wiecie co było najlepsze? Siedzieliśmy sobie w tych oparach rozgrzanego tłuszczu, nad krewetkowym pad thai i wiecie co? Było nam dobrze. Tak po prostu. Nie kupiliśmy sobie drogich prezentów. Nie było drogo i wystawnie. Nie była to perfekcyjna rocznica. Ale była nasza. I przez to była najlepsza!